EOC – WOC

Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, i mi też się to nie podoba, ale było to spowodowane różnymi sytuacjami, które wpływały na moją formę. Chyba jeszcze nigdy nie miałem tak „dziwnego” sezon. Im szło mi coraz lepiej, zawsze przychodziło coś, co wyhamowywało mnie, ba nawet zwalniało w dążeniu do super formy, jaką miałem mieć na Mistrzostwach Świata we Włoszech, które swoją drogą okazały się kompletną klapą.
Zacznijmy pod początku, czyli formy, jaką prezentowałem na Mistrzostwach Europy w Portugali. Jeżeli chodzi o formę fizyczną, to mogę powiedzieć, że była prawie idealna, mówię prawie, bo na około trzy tygodnie przed startem borykałem się z drobnym problem achillesa, przez co nie mogłem czasami wykonywać treningów w 100%. Mimo tego i tak byłem w najlepszej jak to tej pory formie w mojej dotychczasowej karierze. Przed sobą miałem trzy starty w trzy dni średni, klasyk (20km) i na koniec sztafety. Teren był bardzo szybki i niezbyt trudny, co tylko zwiększało moje szanse. Na middlu miałem zacząć spokojnie i w miarę dobrego biegu przyspieszać, bo głównym celem na te mistrzostwa był klasyk. I tak było tylko w miarę rozpędzania się popełniłem błąd i podbiłem punkt dziewczyn, który stał blisko naszego. Dopiero na mecie zorientowałem się, że podbiłem zły punkt. Byłem załamany, bo wykonałem wszystko tak jak sobie zaplanowałem, no może oprócz końcówki, gdzie popełniłem drobne błędy. Gdyby nie to uplasowałbym się na początku drugiej dziesiątki.

Mapa

Następnego dnia byłem mocno podrażniony moim głupim błędem z middla. Jedyne, co chciałem zrobić tego dnia to wejść do lasu i przebiec najlepiej jak umiem chyba najdłuższy klasyk w historii ME. Początek miałem nerwowy, ale wynikało to z tego, że za bardzo chciałem. Oprócz tego przydarzyły mi się drobne błędy w środku trasy i chyba największy tuż przed widokowym, gdzie straciłem około jednej minuty. Po przebiegnięciu strefy mety czułem, że opadam z sił, i moja głowa przestaje myśleć o biegu i zaczyna myśleć już o tym żeby dobiec do mety. Przez to na „dogrywce” straciłem zdecydowanie za dużo czasu. Po minięciu linii mety wiedziałem, że był to dobry bieg i da mi to wysokie (24 miejsce), ale mimo wszystko czułem, że mogłem pobiec lepiej i powalczyć o pierwszą dziesiątkę, bo czułem się tego dnia bardzo dobrze.

Mapa

Dwa dni ostrego biegania dało się odczuć rano przed starem sztafet. Nogi były jak z kamienia i zastanawiałem się czy to dobry pomysł, żebym to ja biegł na pierwszej zmianie. Przez pierwsze 20 minut rozgrzewki (hmm trudno było nazwać to rozgrzewką) ledwo się ruszałem, ale jakoś poczułem się lepiej i modliłem się, żeby reszta nie ruszyła za mocno na początku, bo nie dam rady. Sygnał startu i ruszyliśmy, o dziwo mimo bólu nóg dawałem radę, aż do pierwszego błędy, który przytrafił się na trzecim punkcie. Później musiałem gonić i udawało mi się odrabiać powoli stratę, aż do punktu numer 9 gdzie zbiegając do niego zahaczyłem o gałąź i upadłem na stertę gałęzi. Pierwsze, co poczułem to silny ból głowy i krew na skroni. Byłem tak oszołomiony, że już odwróciłem się w kierunku mety i zrobiłem dwa kroki, ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież biegnę pierwszą zmianę i muszę dobiec do końca, aby chłopaki powalczyli. W dalszej części trasy zrobiłem jeszcze małe błędy, ale to wynikało z bólu głowy, który był coraz silniejszy.

IMG_0995

Mapa

Tydzień po ME miałem wystartować w Szwecji, ale nie udało mi się, bo będąc już na lotnisku w Gdańsku, tak źle się czułem, że musiałem iść do lekarza. Jak się okazało miałem lekkie wstrząśnienie mózgu, i powinienem zaraz po sztafetach odpocząć i się nie ruszać przez kilka dni, ale jak tu nie biegać jak sezon się rozkręca i zbliżała się 10mila. I tym sposobem tydzień przed 10milą zamiast spędzać w Szwecji na obozie leżałem całymi dniami w łóżku. Ostatecznie po czterech dniach leżenia wyszedłem w czwartek na trening, by zobaczyć czy mogę biegać, bo cały czas Szwedzi pisali do mnie, że potrzebują mnie do sztafety. Głowa już prawie nie bolała, wiec postanowiłem, że jadę. Planowo miałem biegać długą nocną zmianę, ale w chwili obecnej nie było o tym mowy i tak przypadła mi o wiele krótsza druga zmiana. Na pierwszej zmianie byliśmy na 39 miejscu z niewielką stratą, co mi odpowiadało, bo mogłem spokojnie kontrolować, co się dzieje. Swoją zmianę przebiegłem prawie bezbłędnie i dzięki temu awansowałem parę miejsc i dogoniłem kilka czołowych klubów. Ostatecznie zajęliśmy trzecie miejsce, z czego jestem bardzo zadowolony i życzę każdemu żeby mógł wbiegać całym swoim teamem przez linie mety a komentator wyczytuje po kolei każde nazwisko.

Mapa

Kilka dni po tym biegu wyjechałem na krótki obóz do Włoch. Biegało mi się coraz lepiej i na wspólnych treningach z innymi czołowymi państwami, wypadałem dobrze, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze, aż sam byłem zaskoczony, jakich czołowych zawodników z czołówki światowej ogrywam. Wszystko szło świetnie, ale limitu pecha na ten sezon jeszcze nie wykorzystałem, i ostatniego dnia obozu na starcie kontrolnym, tuż po starcie przebiłem sobie buta gwoździem i dość głęboko wszedł w moja stopę, oczywiście próbowałem jeszcze biec, ale po 15 minutach ból był tak silny, że musiałem zejść. Zrobiłem sobie dzień przerwy i wystartowałem na O-Games. Pierwszego dnia był sprint i noga jeszcze, jako tako dawała radę, ale następnego dnia biegaliśmy na Ślęży i tam już nie dałem rady wytrzymać do końca. Początkowo ból był do zniesienia, ale po przebiegu widokowym stanąłem centralnie na miejscu po gwoździu i musiałem się zatrzymać. Do mety zostało około 1,5 km, więc postanowiłem, że ukończę ten bieg mimo potwornego bólu.

Mapa E1

Mapa E2

I tak znowu musiałem odpocząć kilka dni zanim stopa zrośnie się i będę mógł normalnie biegać.
Aby wrócić jak najszybciej do optymalniej formy, pojechałem na przełomie maja i czerwca do Szwecji. Termin nie bardzo odpowiadał do ciężkiego treningu, bo dwa dni po powrocie miałem już startować na Mistrzostwach Polski w Warszawie. Po dłuższych rozmowach z trenerem, postanowiliśmy, że w Szwecji trenuję na tyle ile noga pozwoli i nie kładziemy większego nacisku na MP, bo głównym celem były MŚ. Większość sobie teraz pomyśli, że piszę głupoty, ale nie obchodzi mnie to, co sobie myślą inni, ja i najbliżsi wiedzą jak było.
Podczas pobytu w SNO, udało się wykonać plan w pełni, z czego byłem bardzo zadowolony i pozytywnie nastawiony do MP. W sobotę odbył się sprint, na którym chciałem powalczyć o jakikolwiek medal, bo cały sezon przygotowywałem pod biegi leśne. Ku mojemu zdziwieniu na mecie okazało się, że wygrałem, co było dla mnie zaskoczeniem. Dlatego że startowali tu najlepsi z Polski, ba nawet był tu bieg obserwowany do sprintu na WOC, w których ja nie brałem udziału. Jeżeli chodzi o sam sprint to nie popełniłem większych błędów, wiadomo zawsze się znajdą, ale to już taki sport.

Mapa

Następnego dnia rozgrywany był średni dystans i to właśnie tu chciałem powalczyć o złoto. Teren, trasy i pogoda (ponad 30 stopni), były wyzwaniem dla każdego. Ja poradziłem sobie mocno średnio, brak koncentracji już od samego początku, który był najtrudniejszy z całej trasy. Mimo słabego początku wiedziałem, że nie tylko ja będę robił tutaj błędy i walczyłem do samego końca. Opłaciło się, bo w ostateczności zająłem trzecie miejsce.

Mapa

W weekend 14-15 czerwiec, miałem kolejny ważny start wraz ze swoimi Szwedzkimi kolegami, mianowicie była to Jukola. Podobnie jak rok wcześnie biegałem w pierwszym team-ie. Apetyt mieliśmy ogromny, bo rok wcześniej, na ostatnią zmianę wychodziliśmy z drugiego miejsca. Niestety na ostatnie zmianie, Erik źle się czół i nie był w stanie rywalizować z najlepszymi i zakończyliśmy na 13 miejscu. Tego roku odbił sobie to i na trzeciej zmianie przybiegł, jako pierwszy zmieniając mnie. Co tu dużo ukrywać, gdy widziałem jak finiszuje, jako lider, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić byłem tak zdenerwowany. Gdy widziałem jak zrywa mapę, wziąłem 2 głębokie wdechy i nagle poczułem, że cała presja ze mnie zeszła. Ruszyłem wraz z klubem Jarla, ale po dobiegnięciu do punktu startu od razu się rozłączyliśmy. Jak się później okazało początek miał ten sam, ale biegł tuż za mną. Wszystko szło świetnie, bezbłędnie i powiększałem nad nim przewagę, aż do punktu numer 12 gdzie zrobiłem mały błąd i doszli mnie. Od tego momentu biegliśmy w trójkę. Na 14 punkcie było rozbicie i zaczął się mój największy koszmar. Biegłem tak jak chciałem, i w pewnym momencie zatrzymałem się, bo coś mi nie grało, po prostu zwątpiłem w siebie. Jak się później okazało zatrzymałem się 2 metry od punktu i go nie zauważyłem. Potem nerwowo biegałem szukając, jakiego charakterystycznego miejsca, aż w końcu mi się udało, ale ponad dwie minuty tam straciłem. Resztę trasy przebiegłem już bez większych przygód finiszując na czwartym miejscu ze stratą ponad 2:40 do czołówki. Reszta chłopaków zrobiła swoje i ostatecznie skończyliśmy na trzecim miejscu! WOW chyba każdy marzy żeby być na podium Jukoli.

Mapa

Po Jukoli pojechaliśmy na parę dni do Włoch. Obóz kończył się niecałe dwa tygodnie przed moim pierwszym startem. Moim zdanie ten obóz był za późno. Na same mistrzostwa wylatywałem 6 lipca. Pierwszy start miałem 9 lipca na wysokości około 1400 m n.p.m., czyli jak łatwo można policzyć w czwartym dniu aklimatyzacji, a jak wiadomo 4-6 dzień jest najgorszy. Już na rozgrzewce wiedziałem, że czuję się źle fizycznie i mnie zatyka, na dodatek podkręciłem sobie kostkę, pierwszy raz w życiu. Technicznie pobiegłem bez większych błędów, ale fizycznie tego dnia byłem kompletnym zerem, przez co zająłem beznadziejne 34 miejsce.

Mapa

Dwa dni później, na middlu było to samo fizycznie klapa, do tego doszedł jeden kosmiczny błąd i mogłem się pożegnać z czymkolwiek. Miejsce 46 porażka.

Mapa

Ostatniego dnia, na tej samej mapie, co średni odbywały się sztafety. Biegłem na drugiej zmianie, i niestety wychodziłem z 30 miejsca ze sporą stratą do czołówki. Byłem tak zły, że powiedziałem sobie, że robię wszystko, co tylko możliwe, żeby jeszcze powalczyć o jakieś sensowe miejsce. I ta złość (i okres aklimatyzacji, który był już za mną) dały mi tyle energii, że nie podchodziłem pod żadną górę (a były bardzo duże). Udało mi się wyciągnąć naszą sztafetę na 19 miejsce, a reszta już została w rękach Kowala, który podciągnął nas jeszcze trochę i skończyliśmy na 12 miejscu.
Co do startów indywidualnych to błędem było to, że pojechałem za późno na same mistrzostwa i nie zdążyłem się zaaklimatyzować. Wszyscy czołowi zawodnicy, którzy biegali leśne biegi byli już na tej wysokości od około siedmiu dni, i to był ich klucz do sukcesu.

Mapa